Lubin - Luba

Lubin

Luba

 

Na niewielkim wzgórzu za wysoką palisadą znajdowała się osada złożona z pierścienia domów. Pośrodku rósł olbrzymi dąb, pod którym kryła się niewielka gontyna. W odległości paru kroków od wrót do świątyni stał czteroboczny posąg Światowida, a palący się przed nim mały ogień rzucał przy zapadającym zmroku cień siedzącej postaci. Poza tym nikogo nie było widać, żadne odgłosy ludzkich rozmów ani hałasy dzieci nie dochodziły tu. Wyglądało na to, że mieszkańcy są chwilowo nieobecni bądź uczestniczą w jakimś wiecu.


W jednej z chat, większej od pozostałych, na klocu zasłanym wilczą skórą siedział mężczyzna w podeszłym wieku. Jego nieruchomy wzrok, wpatrzony w płomyki bijące z paleniska, i z lekka drgające usta mówiły, że ma do rozważenia poważne sprawy. Od pewnego bowiem czasu pojawił się dziwny zwierz-ludożerca. Codziennie prawie ginął człowiek, czasem krowa, koń. Tylko ślady krwi wskazywały w jakim miejscu nastąpiło spotkanie z potworem. Potem las i mchy zakrywały trop mordercy, który znikał niczym zjawa. Mężczyzna chodził już z innymi wojami w głęboki bór, badając wszystkie znane sobie ścieżki, lecz bez rezultatu. Ludzie zamieszkali w osadzie, opanowani strachem, przebąkiwali o konieczności opuszczenia domów, do czego on, stary, nie mógł dopuścić; jako najstarszy z rodu musi czuwać, bronić tych, co mu zaufali, choć nie bardzo wie obecnie, w jaki sposób.
   – Co robić – rozważa stary, szarpiąc siwą brodę. Dzień za dniem płynie, każdy przynosi nowe ofiary, wciąż nie wiem, co to za zwierz?


Po izbie bezszelestnie snuje się stara kobieta, żona. Spogląda na męża pytającym wzrokiem, lecz nie śmie zapytać. Instynktownie wyczuwa, że zbliża się chwila decydująca. Z pewnością tej nocy mąż Luba zechce ruszyć na spotkanie z dziką bestią, położyć kres dalszym tragediom. Wolałaby, aby kto inny ruszył, do walki; Luba jest za stary, niezbyt zręczny, ruchy ma wolniejsze, może ulec. Ale czy mimo wieku może mu ktoś dorównać doświadczeniem?


Luba po długim rozmyślaniu podnosi się. Opodal na łożu odpoczywa po nocnych czatach syn Jarko. Tak, teraz czas sposobić się do walki. Wzrokiem przywołuje syna. Obaj podchodzą do ściany sczerniałej od dymu. Pierwszy zdejmuje długi miecz, po czym podaje synowi ciężki oszczep. Nakładają na siebie ciężkie skórznie i grube czapy.
   – Na nas czas – powiada cicho i patrzy na kołyskę, w której śpi wnuk.


Przez chwilę stoi w milczeniu, wreszcie wzywa Marzannę, synową: – Podaj mi dziecko.


Są gotowi do drogi. Krótkie, twarde, lecz pełne wymowy spojrzenia dla kobiet, aby nie płakały; Luba dotyka wargami czoła uśpionego dziecka. To zupełnie wystarczy. Wychodzą.


Na majdanie robi się rojno; wychodzą ku wojom kobiety z dziećmi na rękach, mężczyźni, starcy. Na czele idzie stara kobieta z rozwianym włosem i w dziwnej odzieży. To czarownica. Za chwilę powróży z nasion, z ziela rzuconego w święty ogień. Wszyscy podchodzą do posągu Światowida. Stara staje w małej odległości od płomienia, wyciąga z zapaski garść ziół i mrucząc niezrozumiale zaczyna obracać się dokoła własnej osi. Czyni tak trzy razy, następnie jednym ruchem rozsiewa zioła nad ogniskiem.
   – Światowidzie, Światowidzie – woła przeciągle. – Pomóż nam.


Po chwili zaczyna unosić się ostry zapach. Oczy staruchy śledzą drogę ledwie widocznych smug dymu. I zupełnie nagle pada z jej ust okrzyk: – Idźcie już!


To dziwne zachowanie staruchy przyjęło lękiem obecnych. Oczy wszystkich skupiły się na drobnej postaci czarownicy, następnie przeniosły się na postacie Luby i Jarka. Pewnie ona coś wie, dlatego nie chce mówić nic więcej. Wyraz twarzy obu wojów jest jednak tak nieprzenikniony, że nie da się z nich odczytać, o czym mogą myśleć przed walką.


Tak sądzą ludzie, lecz Luba wie, ze wróżba nie jest pomyślna i może dlatego z kamiennym obliczem patrzy chwilę w ogień. Wie, ale nie powinien wiedzieć syn. Jest zbyt młody, jeszcze mało doświadczony. A do walki nie może iść w niepewności. Patrzy w ogień, spogląda na staruchę i z błyskiem w oku prostuje plecy.
   – Na nas czas – powiada głośno.


Szybko, z godnością, zmierzają ku furcie, a za nimi postępuje gromada. Przy palisadzie pożegnanie bez jednego słowa i wkrótce obu mężczyzn pochłania cień nocy. Idą równym krokiem leśną ścieżką, czujni, gotowi do natychmiastowej walki: stary w przodzie, za nim Jarko. Za strumieniem jest już odwieczny bór, pełen odgłosów dzikich zwierząt. Tu zwalniają. Trzeba uważać. Oczy starego wypatrują czujnie każdy szczegół leśnych ostępów. Podobnie czyni syn.


Idą długo, okrążając mokradła, zapadliska, potężne wykroty. Pełnia nocy nasyconej blaskiem gwiazd nie dociera pod rozłożyste korony olbrzymich dębów, buków i świerków. Są dość daleko od osady, tam gdzie nawet odważni w dzień nie zapuszczają się pojedynczo. Dlaczego idą właśnie tędy? Luba nie umiałby odpowiedzieć na takie pytanie, po prostu instynktownie wyczuwa, że właśnie w niedostępnej głuszy winno nastąpić spotkanie. Dochodzą do wzgórza porośniętego samymi bukami. Stary staje, kłuje wzrokiem głębię kniei. I zupełnie niespodziewanie, jak spod ziemi, odzywa się stłumiony ryk zwierza.


Jeden ruch i dłonie chwytają za broń. Oto wyłania się potężne cielsko zwierza. Są gotowi. Jeszcze jeden ryk, mocniejszy, i potężna łapa zakreśla łuk w powietrzu. Luba jest nieco szybszy. Jego miecz uderza z góry, trafia w wielki łeb, zaczepia o szczęki. Lecz nie przebija ich, nie łamie. Cios jest za słaby. Trzeci ryk niczym grzmot wstrząsa knieją. Teraz uderza jarko. Z rozbiegu pcha w korpus niedźwiedzia swoją dzidę. Gdy ta zagłębia się między żebrami, nie ustępuje. Chce jej ostrze pogrążyć głęboko, otworzyć mocarne serce. Niestety, niedźwiedź mocnym zwodem usuwa z ciała ostrze. Teraz Jarko, nie mając oparcia w nogach, traci równowagę. Źle może być z młodym, bo wielka łapa uzbrojona w potężne pazury zamierza się na jego głowę. Stary widzi niebezpieczeństwo i, zamierzając się do ponownego ciosu, łokciem odpycha syna. Ten cios miecza jest znacznie lepszy i silniejszy. Niedźwiedź oddaje uderzeniem w pierś, zrywa grubą osłonę i zagłębia pazury w ciele starego. Jarko trafia również. Głuche stęknięcie wypływa z paszczy olbrzyma, który wali się na ziemię.
   – Ojcze, żyjesz?... – pada wylęknione pytanie.


Luba nie odpowiada. Wodzi wzrokiem po pobojowisku z lekka kołysząc ciałem. To dobrze, że on, nie Jarko, jest ranny. Czuje, jak z otwartej piersi wypływa ciepła krew. Upływ jej jest znaczny, lecz mimo to powinien o własnych siłach powrócić, jak wojowi przystało, do rodzinnej chaty.


Prawdę wywróżyła starucha – rozmyśla spokojnie. Nawet dobrze, jestem już stary, trzeba pomyśleć o śmierci. Tak pewnie musi być.


Gdy Jarko przybliża się, wskazuje dłonią na otwartą pierś. Chodź – mówi oczami.


Noc już szarzała, gdy byli w drodze powrotnej. Ale powrót nie mógł trwać krótko, gdyż każde mocniejsze stąpnięcie Luby powodowało mocniejszy wylew krwi. Mimo to szedł nie okazując synowi, ile wysiłku go to kosztuje.


Niech wie, rozważa starzec. Niech Jarko wie, jak ma postępować woj. Bo sam już zadecydowałem.


Wreszcie wychodzą z boru. Na palisadzie mieszkańcy osady z niecierpliwością wypatrują idących. I natychmiast niesie się wieść smutku i rozpaczy. Stary, wciąż o własnych siłach, przechodzi przez majdan, zdąża do własnej chaty. Dopiero tu z pomocą żony siada na pniaku. Miecz wypada z dłoni.
   – Mężu – woła szlochająca kobieta, padając do stóp rannego. 


Luba łagodnym ruchem dotyka włosów żony i wzrokiem przyzywa synową, jakby chciał rzec: podaj mi jeszcze raz dziecko, chcę je zobaczyć.


Marzanna szybko podbiega z synkiem u piersi, podaje je starcowi, Luba jednak nie ma już siły, by nawet tak mały ciężar udźwignąć i podnieść do ust. Nie musi; synowa sama przybliża je do skrwawionej twarzy. Prawie zimne usta woja żegnają dotykiem wnuka.


Następnego dnia czysto umyte ciało obleczono w biały całun i ułożono na wielkim stosie. A gdy spłonął, resztki kości wraz z popiołem czarownica zebrała do glinianej urny. Potem przy żałosnych pieniach urna została pogrzebana w ziemi. Zaś na wieczną pamiątkę o walecznym starcu wszyscy mieszkańcy osady uradzili nazwać ją imieniem Luby – Lubinem i ta nazwa pozostała przez wieki do dnia dzisiejszego.

Lubin, 9 XI 1967 r.

Źródła:
Jan Biliński, Przewodnik po ziemi lubińskiej, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1971

Parszowice - O nieszczęście zabito człowieka za 6 groszy

Parszowice

O nieszczęście zabito człowieka za 6 groszy

 

Pośród pól, przy drodze do Parszowic do Dłużyc stał niegdyś krzyż pokutny wykuty w kamieniu. Zwietrzały napis, wyryty na nim, głosił: „O nieszczęście zabito człowieka za 6 groszy”.


Były to czasy, kiedy w okolicy grasowały liczne bandy rabusiów i rzezimieszków. Pewien organista z Parszowic został wezwany przez proboszcza na uroczystość kościelną i zmierzał polną drogą do Dłużyc. Księżyc jasno oświetlał mu ścieżkę, gdy nagle został napadnięty i zamordowany przez okolicznych rozbójników. Jednak nie cieszyli się oni zbyt długo wolnością, gdyż szybko zostali ujęci i osadzeni w ścinawskich lochach. Osądzono ich bardzo surowo, a dodatkowo mieli własnoręcznie wykuć kamienny krzyż i umieścić go w miejscu zbrodni. W związku z tym, że ograbiony organista posiadał przy sobie tylko 6 groszy, za które postradał życie, oprawcy musieli wykuć na krzyżu napis „O nieszczęście, zabito człowieka za 6 groszy”. Zanim ustawiono krzyż do wykopanego dołu, na pamiątkę, wrzucono 6 złotych groszy. Jeśli komuś uda się odnaleźć pierwotne miejsce ustawienia krzyża, temu na pewno uda się odnaleźć złoto.

Źródła:
Legendy Ziemi Ścinawskiej, Stowarzyszenie „Mała Ojczyzna”

Ścinawa - O księciu Konradzie i o ścinawskim piwie

Ścinawa

O księciu Konradzie i o ścinawskim piwie

 

Książę Konrad ze Ścinawy, zwany też Kobiałką z powodu swego garbu, był kanonikiem katedralnym i proboszczem Katedry we Wrocławiu. Cichy i skromny ten człowiek miał tylko jedną namiętność: przepadał za dobrym piwem. A w Ścinawie, starodawnej siedzibie piastowskich książąt, warzono od dawna doskonałe piwo, którego sława sięgała daleko. Miał więc książę zawsze pod dostatkiem swego ulubionego napoju. A oto co zakłóciło jego spokojny żywot.


Książę Henryk III Głogowski, dbały o to, by ród swój ozdabiać coraz to nowymi zaszczytami, wyjednał dla swego brata arcybiskupstwo w Salzburgu. Rad nie rad wyruszył więc Konrad w podróż, aby objąć rządy w diecezji. Podróż była długa i uciążliwa, a gdy dotarł wreszcie do Wiednia, wyczerpał się zebrany przezornie na drogę zapas ulubionego piwa. Jakież było przerażenie biednego księcia, gdy w Wiedniu dowiedział się, że w Salzburgu nie wyrabia się w ogóle piwa i że pije się tam tylko wino! Gdy mu o tym powiedziano, ani słyszeć nie chciał o wszystkich arcybiskupich godnościach i natychmiast kazał zawrócić, a po niedługim czasie dojechał szczęśliwie z powrotem do Ścinawy.


Ale niestety, jego brat nie okazał żadnego zrozumienia dla upodobań względem piwa! Dowiedziawszy się o lekkomyślnym postępku Konrada, kazał go Henryk jako człowieka niespełna rozumu zamknąć pod strażą, na wieży swego zamku w Głogowie. Tam też, w 1304 roku, pozbawiony swego ulubionego trunku Konrad w smutku dokonał żywota.

Literatura:
Krzysztof Kwaśniewski, Podania dolnośląskie, Wrocław 2006

Żabice - Żabie królestwo

Żabice

Żabie królestwo

 

Przed bardzo wieloma wiekami, gdy wszędzie panowała ogromna puszcza, gdzieniegdzie jedynie pozostawiając niewielkie polany, w miejscu obecnej wsi Żabice znajdowało się królestwo żab. Żaby panowały niepodzielnie wśród wielkich olch, dębów i brzóz, lecz główne centrum mieściło się w rozległej niecce, porośniętej wysoką trzciną, przez którą przepływał niewielki strumień. Było ich tak wiele i tak dużo, że nawet potężne orły, sępy czy najgroźniejsze wilki omijały ten obszar.


Jedne żaby przebywały na drzewach, piękne, o zielonym ubarwieniu, umilając swym skrzekotem życie krewniaków nawodnych. Lecz biada temu, kto zbliżył się do drzew, na których siedziały. Wystarczył moment, by swym wzrokiem i głosem zamienić śmiałka w swego pobratymca. Nie pomagał lament; ukarany zamieniał się w żabę, lecz nie zieloną, nadrzewną, tylko w taką, jakich pełno na bagnach, by tam wypłakiwać własną ciekawość.


Te inne, mieszkające na bagnach, dzieliły się między sobą na szare o dużych rozmiarach i wielkiej skoczności. Ich szeregi stanowiły coś w rodzaju straży wewnętrznej, regulującej życie wielkiej społeczności. Ich bezwzględność była tak okropna, że nawet władcy tej krainy bali się sprzeciwiać ich poczynaniom. W skład tej grupy wchodziły tylko te osobniki, które wykazały się skokami parometrowymi. Umiały walczyć z wężami do tego stopnia skutecznie, że wystarczał widok paru osobników, by natychmiast wypłoszyć je. Strach węży był w pełni uzasadniony, ponieważ ten rodzaj żab szczycił się ponurą sławą pożeraczy. Miały one bowiem zęby ostre jak szpilki i tak wielkie, że cięły nimi nawet grube kości.


Wcześnie o świcie oraz o zmierzchu, gdy w podległym im obszarze panował ład, wyłaziły gromadnie na liczne kępy traw, by oddawać się wspólnym zabawom. Zabawy te polegały na nieustannych pojedynkach między poszczególnymi oddziałami. Te pojedynki regularnie zamieniały się w krwawe bitwy. Płynęła krew, trzask łamanych kości niósł się daleko po lesie. Nie trwało to długo: każdego dnia po godzinie, nigdy dłużej. Osobniki padające w walce nie były grzebane, zgodnie z obyczajami panującymi wśród innych stworzeń. Jeszcze żywe, jeszcze ociekające krwią, trafiały do paszcz krewniaków, by służyć za pokarm. Podczas zapasów las i bagna zamierały w trwodze, wsłuchane w odgłosy śmiertelnych zmagań. Nawet król zamykał się wraz z przyboczną gwardią do podziemnego pałacu, nie mogąc znieść potwornych zgrzytów zębów i jęków konających. Ale gdy mijała pora, wszystko cichło natychmiast; pożeracze powracały na stanowiska obserwacyjne.


Wtedy dopiero wypływały na powierzchnię wód piękne żaby o smukłych kształtach i pięknych barwach. Z wyglądu były podobne do obecnych, lecz znacznie większe. Ich największą ozdobę stanowiły przedziwnego koloru i formy grzebienie grzbietowe. Widziane z boku przypominały pióropusze. Tylko z pozoru, bo te były niczym innym jak bronią, za pomocą której nakłuwały ciała wrogów wpuszczając w nie cuchnący jad. Wystarczyło małe zranienie, aby ofiara została zamroczona, traciła siły, nie mogła uciekać, z czego korzystały napastniczki, by ją pożreć.


Wypływały na powierzchnię szeregami: piękne, lśniące – i sunęły bezszelestnie ku granicom swego państwa, którą stanowiły krzaki iwy i gęste paprocie. To miejsce doskonale nadawało się na zasadzki. Te żaby nigdy nie walczyły ze sobą, natomiast chętnie oddawały się zabawom, polegającym na wydawaniu jak najgłośniejszych okrzyków bojowych. Te straszne okrzyki, przypominające grzmoty, chwilami zmieniały się i przypominały płacz dziecka. Żaby umiały też zmieniać głos, wabiąc w podstępny sposób swe ofiary. Łowy rozpoczynały o zmroku, kończąc je przed pierwszym brzaskiem. Jeżeli w zasięgu czat nie było stosownej sztuki, którą mogłyby upolować pojedynczo, przystępowały do łowów w większej liczbie. Bywało, nawet duże zwierzę padało pod ich ciosami, a rankiem pozostawały jedynie bielejące kości: ślad nocnej uczty.


W cieniu jakby tych drapieżników żyły również żaby spokojne, wesołe, żywiące się muszkami i komarami. Te o niepozornych kształtach niewielkie żabki stanowiły jedyną osłodę w tym królestwie smutku i śmierci. Pięknym kumkaniem umilały życie monarszego dworu, zaś wieczorami, na długo przed zachodem słońca, dawały popisy chóralne tak wspaniałe, że nawet najwięksi drapieżnicy żabiego rodu czy inne zwierzęta leśne zastygały w bezruchu.


Ulubieńcem tego gatunku był pieśniarz nad pieśniarzami o tak ujmującym głosie, że nawet król wychodził na brzeg wysepki podziwiać swego faworyta. Lecz ten nie śpiewał dla pochwał. Od natężenia nabrzmiewały mu worki szyjne, mgłą zachodziły oczy, on zaś oddawał się bez reszty muzyce. Gdy lekki wiatr ruszał gałęziami drzew i trawami, a z lustra wody poczęły wznosić się opary, tworzące białe płachty mgły, natężając się wydawał wspaniałe tony: raz ostre i szybkie, to znów szerokie, miękkie. Jeden oddech wystarczał na dwa, trzy tony. Zmęczony, przez chwilę łapczywie chwytał powietrze do gardzieli, nie przestając krótkimi sygnałami kierować zespołem sióstr i braci. Jego głos był jak dzwon wielki i mocny, inne przy nim jak tony klekotek. Nikt nie był w stanie dorównać mu w ciągu ostatnich dwóch lat. Sława wielkiego pieśniarza rosła nieprzerwanie, jednając mu z jednej strony rzesze przyjaciół, z drugiej licznych wrogów.


Do bardziej zazdrosnych należały zielone okrutniczki łażące po drzewach. Uważały bowiem, że prym w śpiewaniu należy niepodzielnie do nich, ale nie umiały sprostać zadaniom. Zobowiązywały się do konkursu, który wciąż odkładany z ich winy, nigdy nie mógł nastąpić. Nie lubiły schodzić z drzew, a koncert należało dać na płyciznach bagna.


Jednakże największymi przeciwnikami były żaby o trujących grzbietach. Przysięgły zemstę kumakom z prostej przyczyny: braku umiejętności śpiewaczych. Taki stan pozornego spokoju utrzymywał się ogromnie długo, całe pokolenia. Prawie zawsze poszczególne rody umiały w porę zapobiegać walce. Tak mogło być dalej, gdyby nie ów wspaniały solista.


Zaczęło się owego wieczoru, kiedy parny zmierzch i rechot zielonek drzewnych zapowiadał burzę. Zaroiło się na bagnach: niespokojne grupy grzebieniastych myśliwych rozpoczęły bójkę ze strażą porządkową. Bójka, początkowo nieszkodliwa, rychło zamieniała się w krwawą walkę. Nieco później dołączyły zielonki; zaczęły zabijać krewniaków wzrokiem. Daremnie monarcha usiłował uspokoić wzburzone, żądne krwi grupy. Jego głos, wzywający do porządku, ginął w ogólnym zgiełku i wrzawie walki. Widząc, że nie podoła, co rychlej kazał przywołać śpiewaka.


Solista zjawił się po chwili, sposobił głos i pilnie wzywał członków zespołu. Siostry i bracia zebrali się pośpiesznie, ustawiając półkolem. Solista w środku czekał jeszcze, zapatrzony w ciemną toń nocy. Nie podobał mu się zgiełk bitewny, krzyki walczących stron. Jakiś czas spoglądał ku niebu, po którym płynęły ciężkie, zwaliste chmury, przebijane rażącym blaskiem błyskawic. Nie rozumiał, dlaczego właśnie teraz monarcha kazał śpiewać. Ale polecenia króla nie można było lekceważyć. Śpiewak spogląda na swoich i czeka przymykając oczy.
   – Kum, kum, kum, kuma – zaintonował z cicha.


Chór podchwycił natychmiast i z setek gardzieli unosić się poczęła poważna pieśń. Zespół śpiewał, jak nigdy dotąd, głośno, równo i czysto. Nie mógł słyszeć, jak zakradał się do nich groźny zastęp grzebieniaków i całe szeregi straży porządkowej. Czyżby kumaki zapomniały o porze, kiedy im wolno dawać koncerty? Przecież już noc, a ten czas należy do innych. Jeszcze chwila na rozśpiewanych spadły śmiertelne ciosy. Rozpoczęła się masakra. Ale o dziwo, śpiew nie ustał. Trwał jak ruch serc w rozdzieranych ciałach, dokąd te nie otygły, dotąd żył solista, dotąd słyszały jego głos. Śpiewak nad śpiewakami umilkł nagle.


Nastał moment nagłej ciszy, którą pogłębił huk pioruna. Burza uderzyła z nagła, niespodziewanie. Już nie pomogła ucieczka zwycięzców i niedobitków. Wraz z pierwszymi kroplami ulewy, błyskawice za błyskawicami biły w miejsce rzezi, cięły bagno na setki szczelin, rozpadlin, mieszały z błotem skrwawione szczątki. Teraz, choć późno, uciekał kto, mógł. Dotychczasowi zwycięzcy, o pełnych brzuchach, nie mogli ujść karzącej sprawiedliwości; ginęli w rażącym blasku piorunów. Tylko parę kumaków, nurkując w głębszej wodzie, uniknęło śmierci.


O świcie znów było cicho i spokojnie, spokojniej niż zwykle. Gdy zdziwieni tą ciszą ludzie zbliżyli się ku bagnom, zobaczyli tysiące ciał żabich bez życia. Wieść o wydarzeniu rozniosła się szybko. Nikt nie mógł zliczyć tysięcy martwych żab leżących na mokradłach. Na pamiątkę ludzie nazwali to miejsce Żabicami.


Przez następne setki lat żab jakby nie było; wyniosły się w inne okolice albo zupełnie wymarły. Podobno nastąpiło to na skutek klątwy, jaką rzucił nieszczęsny pieśniarz. Obecnie pojawiły się miejscami małe gromadki kumaków, ale już nie mają tak pięknych głosów, którymi mogłyby zachwycać przygodnych i stałych słuchaczy.

Lubin, 29 III 1969 r.

Źródła:
Jan Biliński, Przewodnik po ziemi lubińskiej, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1971