Żabice - Żabie królestwo

Żabice

Żabie królestwo

 

Przed bardzo wieloma wiekami, gdy wszędzie panowała ogromna puszcza, gdzieniegdzie jedynie pozostawiając niewielkie polany, w miejscu obecnej wsi Żabice znajdowało się królestwo żab. Żaby panowały niepodzielnie wśród wielkich olch, dębów i brzóz, lecz główne centrum mieściło się w rozległej niecce, porośniętej wysoką trzciną, przez którą przepływał niewielki strumień. Było ich tak wiele i tak dużo, że nawet potężne orły, sępy czy najgroźniejsze wilki omijały ten obszar.


Jedne żaby przebywały na drzewach, piękne, o zielonym ubarwieniu, umilając swym skrzekotem życie krewniaków nawodnych. Lecz biada temu, kto zbliżył się do drzew, na których siedziały. Wystarczył moment, by swym wzrokiem i głosem zamienić śmiałka w swego pobratymca. Nie pomagał lament; ukarany zamieniał się w żabę, lecz nie zieloną, nadrzewną, tylko w taką, jakich pełno na bagnach, by tam wypłakiwać własną ciekawość.


Te inne, mieszkające na bagnach, dzieliły się między sobą na szare o dużych rozmiarach i wielkiej skoczności. Ich szeregi stanowiły coś w rodzaju straży wewnętrznej, regulującej życie wielkiej społeczności. Ich bezwzględność była tak okropna, że nawet władcy tej krainy bali się sprzeciwiać ich poczynaniom. W skład tej grupy wchodziły tylko te osobniki, które wykazały się skokami parometrowymi. Umiały walczyć z wężami do tego stopnia skutecznie, że wystarczał widok paru osobników, by natychmiast wypłoszyć je. Strach węży był w pełni uzasadniony, ponieważ ten rodzaj żab szczycił się ponurą sławą pożeraczy. Miały one bowiem zęby ostre jak szpilki i tak wielkie, że cięły nimi nawet grube kości.


Wcześnie o świcie oraz o zmierzchu, gdy w podległym im obszarze panował ład, wyłaziły gromadnie na liczne kępy traw, by oddawać się wspólnym zabawom. Zabawy te polegały na nieustannych pojedynkach między poszczególnymi oddziałami. Te pojedynki regularnie zamieniały się w krwawe bitwy. Płynęła krew, trzask łamanych kości niósł się daleko po lesie. Nie trwało to długo: każdego dnia po godzinie, nigdy dłużej. Osobniki padające w walce nie były grzebane, zgodnie z obyczajami panującymi wśród innych stworzeń. Jeszcze żywe, jeszcze ociekające krwią, trafiały do paszcz krewniaków, by służyć za pokarm. Podczas zapasów las i bagna zamierały w trwodze, wsłuchane w odgłosy śmiertelnych zmagań. Nawet król zamykał się wraz z przyboczną gwardią do podziemnego pałacu, nie mogąc znieść potwornych zgrzytów zębów i jęków konających. Ale gdy mijała pora, wszystko cichło natychmiast; pożeracze powracały na stanowiska obserwacyjne.


Wtedy dopiero wypływały na powierzchnię wód piękne żaby o smukłych kształtach i pięknych barwach. Z wyglądu były podobne do obecnych, lecz znacznie większe. Ich największą ozdobę stanowiły przedziwnego koloru i formy grzebienie grzbietowe. Widziane z boku przypominały pióropusze. Tylko z pozoru, bo te były niczym innym jak bronią, za pomocą której nakłuwały ciała wrogów wpuszczając w nie cuchnący jad. Wystarczyło małe zranienie, aby ofiara została zamroczona, traciła siły, nie mogła uciekać, z czego korzystały napastniczki, by ją pożreć.


Wypływały na powierzchnię szeregami: piękne, lśniące – i sunęły bezszelestnie ku granicom swego państwa, którą stanowiły krzaki iwy i gęste paprocie. To miejsce doskonale nadawało się na zasadzki. Te żaby nigdy nie walczyły ze sobą, natomiast chętnie oddawały się zabawom, polegającym na wydawaniu jak najgłośniejszych okrzyków bojowych. Te straszne okrzyki, przypominające grzmoty, chwilami zmieniały się i przypominały płacz dziecka. Żaby umiały też zmieniać głos, wabiąc w podstępny sposób swe ofiary. Łowy rozpoczynały o zmroku, kończąc je przed pierwszym brzaskiem. Jeżeli w zasięgu czat nie było stosownej sztuki, którą mogłyby upolować pojedynczo, przystępowały do łowów w większej liczbie. Bywało, nawet duże zwierzę padało pod ich ciosami, a rankiem pozostawały jedynie bielejące kości: ślad nocnej uczty.


W cieniu jakby tych drapieżników żyły również żaby spokojne, wesołe, żywiące się muszkami i komarami. Te o niepozornych kształtach niewielkie żabki stanowiły jedyną osłodę w tym królestwie smutku i śmierci. Pięknym kumkaniem umilały życie monarszego dworu, zaś wieczorami, na długo przed zachodem słońca, dawały popisy chóralne tak wspaniałe, że nawet najwięksi drapieżnicy żabiego rodu czy inne zwierzęta leśne zastygały w bezruchu.


Ulubieńcem tego gatunku był pieśniarz nad pieśniarzami o tak ujmującym głosie, że nawet król wychodził na brzeg wysepki podziwiać swego faworyta. Lecz ten nie śpiewał dla pochwał. Od natężenia nabrzmiewały mu worki szyjne, mgłą zachodziły oczy, on zaś oddawał się bez reszty muzyce. Gdy lekki wiatr ruszał gałęziami drzew i trawami, a z lustra wody poczęły wznosić się opary, tworzące białe płachty mgły, natężając się wydawał wspaniałe tony: raz ostre i szybkie, to znów szerokie, miękkie. Jeden oddech wystarczał na dwa, trzy tony. Zmęczony, przez chwilę łapczywie chwytał powietrze do gardzieli, nie przestając krótkimi sygnałami kierować zespołem sióstr i braci. Jego głos był jak dzwon wielki i mocny, inne przy nim jak tony klekotek. Nikt nie był w stanie dorównać mu w ciągu ostatnich dwóch lat. Sława wielkiego pieśniarza rosła nieprzerwanie, jednając mu z jednej strony rzesze przyjaciół, z drugiej licznych wrogów.


Do bardziej zazdrosnych należały zielone okrutniczki łażące po drzewach. Uważały bowiem, że prym w śpiewaniu należy niepodzielnie do nich, ale nie umiały sprostać zadaniom. Zobowiązywały się do konkursu, który wciąż odkładany z ich winy, nigdy nie mógł nastąpić. Nie lubiły schodzić z drzew, a koncert należało dać na płyciznach bagna.


Jednakże największymi przeciwnikami były żaby o trujących grzbietach. Przysięgły zemstę kumakom z prostej przyczyny: braku umiejętności śpiewaczych. Taki stan pozornego spokoju utrzymywał się ogromnie długo, całe pokolenia. Prawie zawsze poszczególne rody umiały w porę zapobiegać walce. Tak mogło być dalej, gdyby nie ów wspaniały solista.


Zaczęło się owego wieczoru, kiedy parny zmierzch i rechot zielonek drzewnych zapowiadał burzę. Zaroiło się na bagnach: niespokojne grupy grzebieniastych myśliwych rozpoczęły bójkę ze strażą porządkową. Bójka, początkowo nieszkodliwa, rychło zamieniała się w krwawą walkę. Nieco później dołączyły zielonki; zaczęły zabijać krewniaków wzrokiem. Daremnie monarcha usiłował uspokoić wzburzone, żądne krwi grupy. Jego głos, wzywający do porządku, ginął w ogólnym zgiełku i wrzawie walki. Widząc, że nie podoła, co rychlej kazał przywołać śpiewaka.


Solista zjawił się po chwili, sposobił głos i pilnie wzywał członków zespołu. Siostry i bracia zebrali się pośpiesznie, ustawiając półkolem. Solista w środku czekał jeszcze, zapatrzony w ciemną toń nocy. Nie podobał mu się zgiełk bitewny, krzyki walczących stron. Jakiś czas spoglądał ku niebu, po którym płynęły ciężkie, zwaliste chmury, przebijane rażącym blaskiem błyskawic. Nie rozumiał, dlaczego właśnie teraz monarcha kazał śpiewać. Ale polecenia króla nie można było lekceważyć. Śpiewak spogląda na swoich i czeka przymykając oczy.
   – Kum, kum, kum, kuma – zaintonował z cicha.


Chór podchwycił natychmiast i z setek gardzieli unosić się poczęła poważna pieśń. Zespół śpiewał, jak nigdy dotąd, głośno, równo i czysto. Nie mógł słyszeć, jak zakradał się do nich groźny zastęp grzebieniaków i całe szeregi straży porządkowej. Czyżby kumaki zapomniały o porze, kiedy im wolno dawać koncerty? Przecież już noc, a ten czas należy do innych. Jeszcze chwila na rozśpiewanych spadły śmiertelne ciosy. Rozpoczęła się masakra. Ale o dziwo, śpiew nie ustał. Trwał jak ruch serc w rozdzieranych ciałach, dokąd te nie otygły, dotąd żył solista, dotąd słyszały jego głos. Śpiewak nad śpiewakami umilkł nagle.


Nastał moment nagłej ciszy, którą pogłębił huk pioruna. Burza uderzyła z nagła, niespodziewanie. Już nie pomogła ucieczka zwycięzców i niedobitków. Wraz z pierwszymi kroplami ulewy, błyskawice za błyskawicami biły w miejsce rzezi, cięły bagno na setki szczelin, rozpadlin, mieszały z błotem skrwawione szczątki. Teraz, choć późno, uciekał kto, mógł. Dotychczasowi zwycięzcy, o pełnych brzuchach, nie mogli ujść karzącej sprawiedliwości; ginęli w rażącym blasku piorunów. Tylko parę kumaków, nurkując w głębszej wodzie, uniknęło śmierci.


O świcie znów było cicho i spokojnie, spokojniej niż zwykle. Gdy zdziwieni tą ciszą ludzie zbliżyli się ku bagnom, zobaczyli tysiące ciał żabich bez życia. Wieść o wydarzeniu rozniosła się szybko. Nikt nie mógł zliczyć tysięcy martwych żab leżących na mokradłach. Na pamiątkę ludzie nazwali to miejsce Żabicami.


Przez następne setki lat żab jakby nie było; wyniosły się w inne okolice albo zupełnie wymarły. Podobno nastąpiło to na skutek klątwy, jaką rzucił nieszczęsny pieśniarz. Obecnie pojawiły się miejscami małe gromadki kumaków, ale już nie mają tak pięknych głosów, którymi mogłyby zachwycać przygodnych i stałych słuchaczy.

Lubin, 29 III 1969 r.

Źródła:
Jan Biliński, Przewodnik po ziemi lubińskiej, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1971