Lubin - Legenda o krzyżu pokutnym w Małomicach

Lubin

Legenda o krzyżu pokutnym w Małomicach

 

W którym to roku mogło być, dokładnie nikt nie pamięta, prawdopodobnie jednak pod koniec budowy kościoła parafialnego w Lubinie.


A było to tak: mistrz Walenty miał przy budowie kościoła paru czeladników, a wśród nich jednego imieniem Jakub. Jakub zaś, jak na zawadiakę przystało, dość często zaglądał do karczmy, by – jak powiadał – piwskiem gasić pragnienie. Gasił je dość często, a wtedy zaczynały się burdy. Czasem sam oberwał, częściej innych obił, lecz nigdy nie narzekał na brak towarzystwa. W pracy, jeśli sam mistrz nadzorował, pilnował się, aby nie otrzymać surowej nagany bądź dyscypliną po wypukłym grzbiecie. Nie uśmiechało mu się wczesne wstawanie do pracy razem z innymi, bo skoro każdego wieczora sączył spore kruże piwa, pozostawał w wesołym nastroju do północy. Niekiedy nie starczało ochoty na powrót do plebanii, więc usypiał wsparty na ławie.


Płynęły dni, tygodnie, a zła sława o Jakubie rosła wszerz i wzdłuż Lubina. Pił Jakub każdego dnia więcej, zapominając o pracy, o tym, co mówią ludzie. Bywało, znajdowano go śpiącego w byle rowie, pod skibą, nawet w błocie, jeśli podochocił sobie zbyt mocno. On sam jednak najmniej interesował się własną opinią. Tak nadeszła pora deszczowa, pełna mgieł, silnych wiatrów i chłodu.


Pewnego dnia, nie mając grosiwa na piwo, a do pożyczek nie znajdując chętnych, ukorzył się po raz nie wiadomo który przed srogim majstrem, zobowiązując się do szczerej poprawy i solidnej roboty. I rzeczywiście: dzień, dwa, trzy pracowało mu się dobrze; zginał wytrwale grzbiet pod ciężkim koźlakiem, dźwigając cegłę, zaprawę i co tylko było potrzebne. Mistrz złagodniał, pochwalił skąpo i mogło się wydawać, że wszystko jest na dobrej drodze. Cóż z tego, kiedy Walenty otworzył kiesę i dał kilka groszy. To było już ponad siły Jakuba. Starał się wytrzymać do wieczora, by z innymi skończyć, lecz omam jakiś wcisnął się pod czaszkę, zaczął podszeptywać: – Rzuć Jakubie robotę, rzuć, przecież masz pieniądze; na piwo starczy, o resztę się nie martw.


Rzucił Jakub narzędzia pracy, choć do zmierzchu był jeszcze kawał czasu i pomknął do karczmy pod Kłopotowem. Parujący potem wszedł do obszernej izby, oświetlonej kagankiem i ogniem płonącym na ognisku. Uśmiechnąwszy się pod wąsem pozdrowił karczmarza i trzymając w palcach krągły pieniążek wesołym głosem zawołał: – Duża kruża dla Jakuba!


Wypił jedną, otarł wąsy i zasmakował w drugiej. Dobre piwo zapaliło mu skierki w oczach, nasyciło policzki kolorem. Teraz miał ochotę tańcować. A w izbie nie było nikogo. Patrzył więc posmutniały w ogień paleniska i nasłuchiwał. Jakoż wkrótce nadeszło paru wesołków, a że grosz mieli, na ławie pojawiły się następne kruże z pienistym płynem. Jedna kolejka, druga. Kto wie, ile ich było. Dopiero gdy północ kury oznajmiły, karczmarz jął wypraszać towarzystwo. Wreszcie znaleźli się na drodze. Wiatr zimny z deszczem ciął po twarzach. Jakub chwiejąc się na nogach parł pierwszy w kierunku miasta. Widać, nie podobało się to tamtym, gdyż po chwili zaczęli nań wyzywać, nawet tarmosić za ramiona. – Czego – warknął lecz jeszcze bez gniewu.
   – Jakubie! – zawołał Bartek. – Ty jesteś głupi. Walenty kazał iść precz. Już nie masz czego szukać w kościele.


Jakub przystanął, zachybotał ciężko. – Co rzekłeś? – podsunął pięść Bartkowi pod nos.


Gdy zaczęli się prać, pozostali umknęli. Cios za ciosem odbijał się płaskim echem: podskakiwały głowy uderzane razami. Bartek niespodziewanie zaczął zyskiwać przewagę. Jakub czuł, że długo nie wytrzyma i resztką świadomości rzucił się głową do przodu. Trafił celnie. Krótki, stłumiony krzyk był dowodem, że dobrze wycelował. Lecz teraz, mając pewność, że tamten jest zamroczony, rzuciwszy nim o ziemię z pasją zacisnął palce na szyi. Ile czasu trwało mocowanie, nie wiadomo. Wreszcie sam padł bez siły obok Bartka.


Jeszcze świtu nie było, gdy ziąb poderwał go na nogi. Lecz u licha, czemu Bartek nie wstaje, pomyślał półprzytomnie gapiąc się na nieruchomą postać.
   – Oj, zabiłem – z krzykiem poderwał się do ucieczki. 


Uciekał długo, bez pamięci, nie spoglądając za siebie. W południe, ominąwszy Legnicę, podążył ku Legnickiemu Polu. Dużo słyszało się o dobrodziejstwach i miłosierdziu braciszków, może i mnie pomogą, rozmyślał nieprzerwanie. Szedł wystraszony, coraz częściej oglądając się za siebie. Przez skórę wyczuwał, że pogoń jest w drodze i lada moment należy spodziewać się pojmania. Szedł słabnąc, aż oczy zobaczyły mocne zabudowania klasztorne i wieżyczkę kościółka. Tu pod murem wyszukał kryjówkę i natychmiast padł ze zmęczenia.


Już późna noc roztaczała pieczę nad uśpioną ziemią, kiedy furtian, braciszek zakonny, posłyszał pukanie do bramy klasztoru. Nadstawił uszu; nie było wątpliwości, ktoś się dobijał. Chwyciwszy w rękę ciężką włócznię i nawijając na drugą różaniec powolnym krokiem zbliżył się do bramy.
   – Kto zacz? – zagadnął ostro. – Jeśli czego trzeba ci dobry człeku, przyjdź rano.


Jakub trzęsącym się głosem odpowiedział, że jest w wielkiej potrzebie i musi rozmawiać z przeorem. Musi i będzie tak długo kołatał do furty, aż mu ją otworzą. Furtian coś pomarudził pod nosem i zdecydował się ostatecznie udać do przeora. Czas dłużył się niespodziewanie, każdy zaś ruch na drodze potęgował lęk. Kiedy ostatecznie dwie postacie zjawiły się na murze, upadł Jakub na kolana i płacząc prosił o wpuszczenie do wnętrza. Tamci coś szeptali, wreszcie ten pierwszy zapytał gromko: – A jesteś sam człeku?
   – Sam, panie – potwierdził Jakub. Wkrótce potem zgrzytnęły zawiasy i mocna dłoń wciągnęła przybysza na dziedziniec. – Z czym przyszedłeś? – mocne spojrzenie zaczęło przenikać Jakuba na wylot.


Powoli zaczęli iść ku zabudowaniu. Przed drzwiami przeor zatrzymał się i nakazującym tonem podkreślił, że Jakub ma pozostać do rana w celi dla gości. Pośpi na słomie, a gdy przyjdzie pora, wezwany zostanie na rozmowę.


Rozmowa, do której doszło, należała do bardzo trudnych; głośny płacz, kajanie się, wreszcie spowiedź zakończyły wyznanie Jakuba. Przeor zdawał się być mimo wszystko nieprzekonany. Zapadła długa brzemienna cisza. Zakonnik stał przy okienku celi i w zamyśleniu szarpał zwichrzoną brodę. Jakub, z pochyloną głową, na klęczkach, wyczekiwał wydania decyzji. Wreszcie przeor przemówił:
   – Masz w tej pokucie do wypełnienia wiele czynności. Jedna – to wykonanie własnymi rękami kamiennego krzyża z jednego kawałka skały i postawienie w miejscu zbrodni nie później niż do sześciu miesięcy. I patrząc Jakubowi mocno w oczy dodał: – Aby twoja porywczość zachowała miarę, jeść będziesz tylko dwa razy na dzień, a pozostały posiłek odstąpisz na przeciąg roku głodnym i potrzebującym. 


Jakub słuchał coraz uważniej. Te słowa, jakkolwiek mocne, uspokajały niezmiernie. Więc nie musi się już bać kata; nie wydadzą go pod topór. Wąski uśmiech nadziei rozjaśniać począł oblicze. Chciał wstać, ale surowy ruch ręki wstrzymał go w miejscu.
   – To nie wszystko – ciągnął po małej przerwie zakonnik. – Twoja skrucha może być narażona na próby. Aby cię od nich uwolnić, pozwalam tu pozostać przez okres roku.

Jedzenie i przyodziewek dostaniesz. A gdy upłynie czas, pójdziesz, dokąd oczy poniosą. Za całą zapłatę dostaniesz grosz i przed wstawieniem krzyża, w miejscu gdzie Bartek zmarł, położysz go do jamy.


Zrobił znak krzyża i kazał wstać Jakubowi.


Odtąd można było zobaczyć Jakuba na dziedzińcu klasztornym w pokutnych szatach, jak od świtu do późnego wieczora krząta się przy wszelkich zajęciach. W samo południe natomiast, kiedy braciszkowie udawali się na krótki odpoczynek, brał narzędzia i znikał w szopie pod murem. Po chwili rozlegało się stamtąd mozolne kucie. Nie wolno mu było odpoczywać ani chwili. Dwie dzienne porcje strawy ledwie starczały dla podtrzymania sił w odmienionym ciele człowieka. Lecz nie narzekał. Z niepozornej bryły kamienia zaczęły wyrastać stopniowo kontury krzyża. Nie był to jednak zwykły krzyż: kształtem przypominał liść bzu, jakiś owalny, wsparty na grubym trzonie, mimo to zdawałoby się o niepozornym kształcie, lecz piękny.


Im bliżej końca roboty, tym częściej odwiedzali Jakuba braciszkowie. Stawali w milczeniu, podziwiając pracę i zręczne palce rzeźbiarza. A on słuchał niezrozumiałej mowy łacińskiej, czasem czeskiej, ubranych w białe szaty benedyktynów. Słuchał, a częściej pochłonięty zadaniem zdawał się stapiać ze swym dziełem, tylko ręce pracowały biegle i bez wytchnienia.


Upłynęły ustalone miesiące i Jakub, załadowawszy potężny ciężar na wóz, zabrał się z dwoma braciszkami w drogę. Jechali od świtu do południa, na krótki popas zatrzymując się po drodze. Wieczór był chmurny, gdy zobaczyli z daleka wysoką bryłę kościoła, potem mury obronne, wreszcie domy w Lubinie. Przed miastem wóz skręcił w prawo, zaś jeden z zakonników skierował swe kroki ku miastu, by – jak ustalono – sprowadzić plebana na miejsce ustawienia krzyża.


W ciemnościach prawie w wykopany dół przy drodze do Kłopotowa Jakub rzucił drobną monetę, a potem pospołu z mozołem wszyscy wsadzili ciężki krzyż na wieczną rzeczy pamiątkę.


Nazajutrz mieli razem stawić się u wójta, gdzie nastąpić miała decyzja o zmazaniu winy w myśl prawa i wolny Jakub mógł udać się w drogę powrotną z braciszkami. Przespali więc na plebanii noc, a w godzinach rannych wójt prowadził sprawę. Uczestniczyli w niej krewni Bartosza, lecz że i ich opinia o zmarłym była niezbyt dobra, ławnicy rozstrzygnęli rychło zatarg. Miał Jakub spłacić dług matce Bartka w ustalonym terminie, który wójt określił na 2 woły i kilka miar sukna. Przystał na to, ponieważ termin był dogodny i szybko ruszyli w drogę.


Nikt już później nie widział Jakuba; powiadano, że zobowiązanie spłacił w czasie. Kiedy i przez kogo, ludzie nie wiedzieli. Ale czas zacierał wydarzenia w ludzkiej pamięci. Mijały lata za latami, aż kiedyś pojawił się zapomniany winowajca. Już w podeszłych latach, zgarbiony, o siwych włosach, z kapturem na głowie, przychodził w pewne dni jesienne do krzyża obrośniętego bujną trawą i pokrzywami. Głośne płacze i jęki przypominały niektórym zdarzenie sprzed dawnych lat.


Mógł wrócić do miasta, zamieszkać wśród swoich, ale widocznie nie chciał. Pewnego dnia znikł, by nie powrócić więcej. Ktoś powiedział w jakiś czas potem, że Jakub już nie żyje. Ludzie nie lubią sobie zawracać głowy starymi sprawami. Młode pokolenie żyło własnymi troskami, zapominało o tym, co mogło się zdarzyć dawniej. Dopiero nowy, nieznany uprzednio fakt odświeżył dawne dzieje. Otóż któregoś wieczora grupie idących z Kłopotowa do Lubina biesiadników ukazała się niepozorna postać w kapturze. Zrazu wszyscy myśleli, że się im przywidziało, ale po chwili zrozumieli, ze mają przed sobą ducha pokutującego Jakuba. W wielkim strachu poczęli uciekać. Duch jednak nie miał złych zamiarów, bo nie zaczepił nikogo, ani nie napastował.


Odtąd pojawiał się częściej w jesienne wieczory, wędrując drogą między karczmą a krzyżem. Smutny płacz, jęki i wzdychania towarzyszyły mu stale. I tak było wiele lat. Dopiero gdy czas pokuty minął, ustało również biadolenie duszy Jakuba.

Lubin, 25 XI 1967 r.

Źródła:
Jan Biliński, Przewodnik po ziemi lubińskiej, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1971