Gorzyca - O ruchomym kamieniu

Gorzyca

O ruchomym kamieniu

 

Pod wsią Górzyca, tuż pod lasem i w pewnym oddaleniu od zabudowań, stały dwa domy, zamieszkałe przez dwie rodziny. W jednej mieszkał Wojciech, w drugiej jego brat Lesław. Zgoda panowała przez wiele lat i nic nie mąciło życia rodzinnego.


Jednak harmonijne pożycie skończyło się nagle, gdyż podczas karczunku Lesław uznał się za skrzywdzonego przy podziale gruntów i postanowił się zemścić. Choć przez jakiś czas nie było okazji do zemsty, Lesław w wolnych chwilach często rozprawiał z żoną i dorastającymi synami o niesumienności brata Wojciecha. Początkowo nikt nie dawał wiary tym sądom, znając uczciwość starszego brata, lecz stałe utyskiwanie dokonało swego. Żona, jak to wśród kobiet bywa, rychło przemieniła się w walczącą lwicę; gdy mężowi brakowało ochoty do dochodzenia swoich praw, postanowiła zwołać mieszkańców wsi i dokonać nowego pomiaru.


Pewnego dnia pod nieobecność męża, zwoławszy sołtysa i nieco ludzi, z pomocą synów pomierzyła zagony. Ale choć miara wypadła prawidłowo, jej wydawało się, że siły nieczyste tak czynią, by sprawiedliwość była po stronie Wojciecha. Następny pomiar też nie dał dowodów nieuczciwości starszego brata. Przebiegła kobieta nie dała poznać ludziom, jak bardzo jest zawiedziona i podziękowawszy usłużnym sąsiadom, zawróciła z synami do chaty.


Kilka dni upłynęło spokojnie. Tymczasem zła kobieta w tajemnicy wykonała własną miarę do liczenia długości i ponownie udała się w pole. Mierzy pole z synami i stwierdza, że rzeczywiście różnica jest duża. Nie czekając na świadków biegnie do męża.
   – Patrz – woła od progu. Brat cię oszukał. Tym razem wiemy, dlaczego. Złą miarą mierzył i jesteśmy stratni: osiem łokci brakuje na szerokość. Pomierz sam, przekonasz się.


Chłop, niewiele myśląc, zmierzył pole własne i brata. Przecież to jasne; bez obchodzenia zagonu widać, gdzie więcej. Nie podaruję mu tej krzywdy ani jego dzieciom – myślał idąc ku domowi szybkim krokiem.


W izbie siadł na klocku ogromnie zły. Nie, nie dopuści do tego, by on, Lesław, miał być ofiarą skąpstwa Wojciecha. Już on mu pokaże, w jaki sposób dojdzie do swych praw. Głupiec z tego Wojciecha, dureń. Chciał go oszukać, dobrze. Mówiła przecież o nim żona, że jest zachłanny na wszystko i zazdrości nam tego, co mamy. Lesław gryzł wargi i szarpał wąsy. Do samego wieczora nie odezwał się do nikogo, a skoro zmierzchło, wyszedł do sieni. Szybkim ruchem schował za koszulę długi nóż i  zybko wyszedł z nim z izby w oparach mgły.


Tam, gdzie ścieżki łączące oba domy z resztą wsi krzyżowały się obok gęstych krzewów, schował się między gałęzie, ledwie widoczny w mroku. Zapadła noc. Ale ledwie upłynęła chwila, od wsi pojawiła się sylwetka Wojciecha. Szedł zmęczonym krokiem, dźwigając na plecach wór zboża. Nagle zatętniły za plecami kroki. W ciemności rozległ się nagły zdławiony krzyk i ścichł prędko.


Lesław pojawił się przed domem Wojciecha i niespokojnym głosem zapytał, czy brat jest w izbie. Na próg wyszła Lubomira, bratowa - i patrząc w kierunku wsi wyjaśniła, że jeszcze go nie ma, ale mąż winien rychło powrócić.
   – Czy chciałeś czego? – zagadnęła. – Myślałam, że gniewasz się na nas.
   – Nie, nie – bąknął zmieszany Lesław. – Chcę porozmawiać.
Lecz język stanął mu kołkiem. Miast słów z ust leciały bełkotliwe dźwięki. Coraz bardziej zmieszany zawrócił ku swojemu obejściu. 


Nazajutrz wiedziano, że Wojciech został zabity, a głównym podejrzanym jest Lesław albo ktoś z jego domu. Rozpacz Lubomiry i jej córki była niezmierna. Leżały na ławie prawie odchodząc od zmysłów. Natomiast syn Jędrzej chodził po wsi z żądaniem pojmania swego stryja i oddania pod sąd. Sprawa jednak nie była dość jasna, więc sołtys nie spieszył się do wezwania podejrzanego, czekając na bliższe szczegóły, o których powiadano po domach. Chłopiec, zmęczony wyczekiwaniem, zawrócił ku chacie, wygrażając pięściami.
   – Nie chcecie sprawiedliwości, sołtysie, sam ją znajdę – rzekł na odchodnym.


Noc już była w pełni, gdy do chaty Lesława ktoś zastukał lekko do drzwi. Staremu nie chciało się wyjść, więc zbudził syna. Syn wyszedł i nastąpiła cisza. Lesław poczekał chwilę, wreszcie uniósł się z ławy. Niepokojące było to, że syn nie wracał. Wyszedł więc z chaty i rozejrzał się wokoło. Pod ścianą leżał syn. Przerażony ojciec przypadł ku niemu.
   – Co ci jest? – zagadnął szeptem.


Gdy ręce dotknęły piersi syna, pod palcami wyczuł ciepło płynącej krwi. Zadrżał. To znaczy, że syn nie żyje, a jeśli zginął – to z jego winy. A więc nie ma syna. Sztywno podniósł się Lesław z klęczek i ruszył przed siebie w kierunku lasu.


Rankiem obiegła wieś wiadomość, że w zagrodzie Leszka leży zadźgany nożem jego syn, zaś ojca ani śladu. Rzucili się ludzie szukać domniemanego winowajcy. Sam sołtys szedł na czele gromady. Penetrowano krzewy, zarośla, każdy dołek; chłopi wypatrywali korony wysokich drzew w przeświadczeniu, że tam może łotr skrył się przed sprawiedliwością. Niestety, jak kamień w wodę, ani śladu po Lesławie. Dopiero gdy ława doszła do zagajnika rosnącego w sąsiedztwie, ktoś zauważył wśród gałęzi białą sukmanę. Na sygnał jednego podbiegli inni. Jest, lecz dlaczego nie ucieka? Jeszcze przeszkadzają w widoczności gęste gałęzie, jeszcze nie wierzy nikt, aby Lesław nie zamierzał uciekać, bo za chwilę pogoń nie dopuści do żadnej szansy.


Dopiero gdy doszli, wszyscy dostrzegli, że poszukiwany już nie żyje. Ciało Lesława zawisło na pętli zrobionej z podartej koszuli. Musiał widocznie cierpieć, bo ani miejsce, ani gałąź nie pasowały dla człowieka, który szuka śmierci.
   – Jakby mu diabeł zawiesił powróz na szyi – rzekł sołtys. Patrzcie, zupełnie nisko, mógł nogami dotknąć ziemi.


Ciało odcięto zaraz i paru chłopów przeniosło je na drogę. Jutro rodzina go pogrzebie, a z czasem zapomną o wszystkim.


Tymczasem okoliczności towarzyszące pogrzebowi były dość niezwykłe. Gdy chowano zmarłego na cmentarzu, prawie z czystego nieba piorun uderzył w dom Lesława. Chata spłonęła, a wraz z nią cały dobytek. Pod wieczór zaś dano znać, że zrozpaczona wdowa rzuciła się do studni, drugi syn natomiast zniknął bez śladu. W jakiś czas potem nieszczęście spadło na dom Wojciecha; zginęła córka. Mówiono, że z rozpaczy. Znaleziono ją z widłami w piersiach, martwą, nie mogła już powiedzieć niczego. Matka, oszalała z rozpaczy, opuściła zagrodę. Tego samego dnia zniknął Jędrzej. Widziano go jak szedł z siekierą na ramieniu przez wieś. Upłynęło parę tygodni, a opuszczona zagroda niszczała. Ludzie z dobrej woli zabrali bydło, by nie padło z głodu. Wielu sąsiadów i krewnych spodziewało się powrotu przynajmniej Jędrzeja. Znów upłynął tydzień i podobnie jak podczas pogrzebu Lesława piorun uderzył w dom Wojciecha. Nikt go nie ratował. Czarny dym znaczył drogę smutku i żałoby. Ludzie nie podchodzili blisko, bo wszystkim wydawały się te wydarzenia groźne i tajemnicze.


Zaledwie jednak upłynęła noc, gdy idącym do lasu drwalom przedstawił się dziwny widok: w miejscu dopiero spalonego domu rósł młody zagajnik, a resztki zagrody Lesława pokrywały gęste trawy. Gdy spojrzeli wokoło, zdumienie ich nie miało granic: pole będące przedmiotem sporu pokrywał stary las. Ze strachem cofali się ku wsi. Nie skończyło się jednak na tym, bo na drodze, uprzednio wolnej od głazów, zobaczyli olbrzymi kamień z lekka toczący się po nierównościach, jak by z zamiarem odcięcia im przejścia.


Tego było za wiele; drwale z krzykiem uciekli łąkami, by jak najszybciej znaleźć się wśród ludzi. Od tej pory przez wiele lat nie znalazł się człowiek odważny, skłonny do podpatrzenia owego głazu. Z tej przyczyny nieodwiedzana droga porosła krzewami i olchą. Kiedyś tętniący życiem zakątek zamienił się w miejsce klątwy i smutku. Po nocach coś stale wyło, albo w oddali ukazywała się ludziom gromada ludzkich postaci okrytych bielą.


Co odważniejsi uradzili pewnego razu zobaczyć owo miejsce i dokładnie ustalić, jakież to harce wyczynia opisany głaz. Poszli. Istotnie wielki głaz leżał spokojnie na środku zapomnianej drogi, bez śladów życia; kształtem czy kolorem również nie dozwalał na żadne domysły. A jednak, skoro ktoś chciał go dotknąć, ożył. Z krzykiem uciekła gromada.


Powiadają jednak starzy ludzie, że są takie dni w roku, kiedy głaz odrywa się od podłoża i w ciche noce zaczyna wędrować. Niedaleko, kilka kroków w lewo, w prawo – i ponownie wraca na swoje miejsce.

Lubin, 19 IV 1968 r.

Źródła:
Jan Biliński, Przewodnik po ziemi lubińskiej, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1971