Czerniec - Sosny bliźniaczki

Czerniec

Sosny bliźniaczki

 

Kiedyś w średniowieczu, mieszkała we wsi Czerniec bogata i dumna rodzina szlachecka, słynąca z despotycznych rządów nad podległymi sobie kmieciami. Rodzina ta przybyła tu z okolic Budziszyna, nabywając duży majątek we wsi od zadłużonego właściciela. I od tego czasu stopniowo rosła nienawiść chłopów do dworu za ucisk, pańszczyznę i szereg powinności, jakie nakładali z biegiem lat właściciele na miejscową ludność. Równocześnie rosło bogactwo rodu.


Po upływie dwudziestu lat w miejsce drewnianych zabudowań stanął pokaźny zameczek, obwiedziony fosą wodną, na którym straż trzymała obca służba. Pan, bogaty rycerz, już w podeszłym wieku, przekazał rządy synowi, a wkrótce potem zmarł. Młody zaczął rządy od nakładania dodatkowych powinności na chłopów, zobowiązując do niewolniczej wprost pracy, sam zaś zajął się rzemiosłem rycerskim. Bywało, wyjeżdżał na wiele miesięcy w ciężkiej zbroi, prowadząc za sobą dwóch giermków i kilka jucznych koni. Powracał zazwyczaj w większym towarzystwie. Na zamek przybywali liczni przyjaciele, a wtedy huczne zabawy niosły się echem przez wieś. Ludzie, nauczeni doświadczeniem, wiedzieli, że po każdym przyjęciu spadną dodatkowe daniny, bo pan równie skąpy, jak jego ojciec, nie lubił wydawać pieniędzy z własnej kiesy.


Pewnego razu, po długiej nieobecności trwającej niemal rok, wracał młody pan wiodąc spory poczet przyjaciół. W pewnym oddaleniu, pod strażą, szła spora kolumna jeńców. Powiązani łańcuchami szli młodzi ludzie o pięknych smutnych twarzach, na których widniały zakrzepłe ślady krwi. Na czele grupy jeńców szło dwóch młodzianów, wyróżniających się bogatymi strojami i pełną godności postawą. Gdy pan wraz z towarzyszami wszedł do zamku, spędzonych niewolnych zaczęto rozprowadzać do ciemnych piwnic.


Po powitaniu męża pani domu z dwoma córkami nasłuchiwała trwożnie, jak z dziedzińca dochodziły jęki bitych ludzi oraz wesołe pokrzykiwania pijanych strażników. Była i czuła się Polką i w tym duchu wychowywała w tajemnicy przed małżonkiem dwie córki – Zosię i Annę. Nie wyszła za maż z dobrej nieprzymuszonej woli. Wydana została z domu przez ojca po śmierci matki. Przez długie lata całą pociechę w smutnym życiu znajdowała w córkach. Nie poszły one za wskazaniami ojca okrutnika, jej słuchają we wszystkim.


Teraz nasłuchuje i milczy. Mąż zaraz zacznie hulankę na cześć odniesionych sukcesów wojennych. Będzie opijał zdobyte trofea, których kilka wozów – jak słyszała – znajduje się w drodze do zamku. Kiedyś – tuż po ślubie – powoli, łagodnością chciała sprawić, aby charakter małżonka uległ zmianie. Teraz wie, że wysiłki te były daremne. Zapomniał nawet o swym słowiańskim pochodzeniu. Służył cesarzowi w każdej potrzebie; wespół z podobnymi sobie i knechtami niemieckimi najeżdżał ziemie polskie, byle wzbogacić się i zdobyć sławę. Zapomniał i o tym, że ziemia, która go żywi, jest polska i ludzie wiejscy mówią językiem jego ojca. Sam nie chciał o tym pamiętać.


W dużej komnacie zastawione stoły czekały na biesiadników, na pana, który jeszcze wydawał służbie rozkazy. Słychać było niemal każde słowo. Gdy będą się bawić i wino uderzy gościom do głowy, sługusi mają najbardziej krnąbrnych jeńców wprowadzić do sali i tam poucinać im głowy. Takich jest dwóch; następnych zabiją w innym czasie.
Takie wydawszy rozkazy, poszedł między rycerzy wesoły pan, oddając ukłony i sięgając po puchar, rzekł donośnie:
   – Za pomyślność i zdrowie obecnych, za przyszłe zwycięstwa!
   – Za zwycięstwo - odpowiedział chór głosów. 


Pani wiedziała, że nie może dopuścić, by zginęli bezbronni młodzieńcy. Jeżeli im pomoże w ucieczce, do Odry nie będzie daleko. Konie zaniosą ich szybko, a dalej wszystko zależeć będzie od ich sprytu. Czas mają tylko do rana, potem ruszy pogoń i żadna siła nie zmieni ich losu. Ona sama może już umrzeć; ma dosyć życia przy boku tak złego człowieka, lecz nie o to chodzi. Zostają córki, a te pragnęłaby widzieć w szczęściu.
   – Szybko przynieście wina – rzekła do córek szeptem. – Tylko uważajcie na służki. To Niemki, wydadzą.
   – Pamiętamy o tym – odrzekły dziewczęta. 


W chwilę później do antałka został wlany napój w kolorze i smaku podobnym do wina, może nieco słodszy i klarowniejszy. Pani zmieszała go z winem.


Kazała córkom przywołać dwóch najbardziej zaufanych knechtów męża Hansa i Wolfa.


Córki miały pójść jedna do wartowni, druga miała wziąć poczęstunek dla strażników na murze. Nikt nie mógł wiedzieć, że poczęstunek pochodził od pani domu. A ci, którzy go wypiją, będą się bali cokolwiek powiedzieć.


Gdy zabawa była w pełni, nikt nie zwrócił uwagi na to, że straż jakoś przycichła, nie pokrzykuje, jak bywa w jej zwyczaju. Noc ciemna rozpięła nieprzejrzystą zasłonę nad zamkiem, domami chłopskimi i przyległym borem. Zdawało się, że prócz biesiadników i straży odpoczywają strudzeni pracą ludzie. Straż jednak dzieliła trud dnia wespół z innymi mieszkańcami zamku. Chyliły się senne głowy, wsparte o blanki murów obronnych lub ciężkie włócznie. W wartowni spali też Hans i Wolf. A tam, na piętrze, zmęczona Eliza, słaniając się na nogach, podawała trunki podochoconym biesiadnikom. Wszyscy już radzi by udać się na spoczynek, lecz ciężki wzrok pana trzymał obecnych jak na uwięzi.


W momencie gdy kur zapiał o północy, poniósł się z ławy i wodząc oczami po obecnych wyczekiwał sposobnego momentu, by oznajmić coś ważnego. Ucichły głosy rozbawionych, ciężkie kielichy stawiano na szerokim stole. Wreszcie rycerz odezwał się w te słowa: – Przed chwilą dano mi znać, że dwóch znaczniejszych jeńców rzuciło się z bronią w ręku na moją straż. W trakcie walki obaj zginęli od ciosów moich strażników. Czy chcecie panowie zobaczyć ich ciała?
Krótki gwar był dowodem zaciekawienia. Oczywiście, wszyscy chcieli zobaczyć tych nikczemników. Co zapalczywsi sięgali po broń.
   – Nie trzeba – uśmiechem uspokajał ich pan zamku. 


Nie upłynęła chwila, gdy ławą ruszyli w kierunku lochów. Szli w pewnym oddaleniu, z szacunkiem. Gdy pchnięte drzwi uchyliły się, zobaczyli, że wsparci o ławę Hans i Wolf, najbardziej zaufani pana, chrapią mocno i głęboko, natomiast nie ma ani śladu domniemanych nikczemników czy też krwi. Dwa kaganki dość dobrze oświetlały mroczna izbę. Nie było wątpliwości, że wszystko jest w porządku. Wesołe uśmieszki pojawiały się na ustach. Wiadomo, czasem trzeba gości czymś rozweselić, tym lepiej będzie się ucztowało od rana. Lecz twarz pana oblekła się bladością.
   – Panowie, zdrada - rzekł obracając się ku rycerzom. – Natychmiast na koń. Zdrajcy przeklęci. Ale dopadnę ich.


Rzucili się wszyscy do schodów, ku stajni, lecz tym większe ogarnęło ich zdumienie, gdy stwierdzili, że przy żłobach miast pełnej liczby, stoją zaledwie trzy podlejsze wierzchowce. Pan, ściskając głownię miecza do bólu, szeptał przez zaciśnięte zęby: – Zabiję sukę..., zabiję.
Pani posłyszała kroki rozwścieczonego małżonka. Teraz może umierać. Zdołała wypełnić posłannictwo życiowe. Jeńcy uwolnieni, a wraz z nimi Zosia i Ania dosiadły koni. Prosiła przed pożegnaniem, by mieli je w opiece. Noc ciemna i głucha, pędzą co sił w koniach ku Ścinawie – dziewczęta za przewodnika. O świcie przejdą brodem, zanim ktokolwiek ich złapie. Stamtąd blisko do Rawicza, swoi obronią.


Nie, nie boi się, choćby śmierć nadeszła okrutna i tortury. Otwierają się drzwi. Pani wstaje z łoża w białej szacie i podchodzi do dyszącego gniewem małżonka. Spotykają się dwa nieugięte spojrzenia, każde inne, każde silne. – Zdradziłaś, wiedźmo – syknął przez zęby.


W odpowiedzi uniosła w dłoni kaganek, by mógł zobaczyć jej twarz bez cienia strachu. Mężczyzna cofnął się nieco i spytał: – Kto zdradził?


Uśmiechnęła się w odpowiedzi: – Zdrady nie było. Jedno, co mogłam uczynić, to chyba tyle, że bezbronni ludzie nie zostali zabici przez twoich sługusów.
   – Zgiń przeklęta – pan uniósł miecz do ciosu. Cios jednak nie nastąpił. Małżonek zawahał się i zaraz cofnął za drzwi. Słyszała jego głos, jak kazał straży sprowadzić konie z pastwisk i siodłać co rychlej. Goście mieli tymczasem pozostać w sali. Z rumorem zawracali do stołów. Na chwilę przycichło. Wtedy przyszedł ponownie. W jednej dłoni trzymając miecz, drugą chwycił za ciężki spleciony warkocz żony, wywlókł ją na dziedziniec, a stąd w kierunku lasu. Nie opierała się. Puścił wreszcie. Szła przodem bezwiednie ścieżką leśną. Gdy przystanęli, zapytał: – Dlaczego zdradziłaś?


 Podeszła szybko do małżonka i plując mu w twarz zawołała całym głosem: – Ty jesteś zdrajcą. Ty przez całe swoje wstrętne życie, przeklęty!


W chwili, kiedy otrzymała cios w pierś, miała wzniesione w górę obie ręce. Ostrze przebiło serce, umierała więc szybko. On zaś, nieprzytomny, pędził do zamku. Nie dobiegł. Stracił rozum i biegnąc wpadł w bagno.


W miejscu natomiast, gdzie zginęła pani – jak powiadali starzy ludzie – natychmiast po jej śmierci wyrosła sosna o dwóch pniach. Tak jest obecnie; jeżeli jedna zwali się ze starości, zaraz wyrasta następna o takim samym kształcie przypominającym ludzką istotę o uniesionych wysoko ramionach.

Lubin, 30 V 1969 r.

Źródła:
Jan Biliński, Przewodnik po ziemi lubińskiej, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1971